Biblioterapia - Rafał Miętkiewicz


J. W. Goethe – Morska wyprawa


Gdy w miejscu prowadzenia sesji biblioterapeutycznych brakuje regału z wartościowymi pozycjami, biblioteczka oddziałowa jest jeszcze na etapie tworzenia lub gdy największą przeszkodą jest bardzo ograniczony czas na pracę z pacjentem, wiersze stanowią doskonałą alternatywę dla bardziej rozbudowanych tekstów literackich.
Istnieją już zestawy polecanych bajek i baśni oraz pozycji książkowych; mam nadzieję, że z biegiem czasu na tej stronie powstanie zbiór wierszy godnych wykorzystania w procesie leczenia. Dziś, bez zbędnych wstępów, zamieszczam poniżej mało znany wiersz J. W. Goethego, którego potencjalna wartość terapeutyczna wydaje się być oczywista.


Morska wyprawa

Przez długie dnie i noce stał okręt gotowy,
Czekając na pomyślny wiatr; z przyjacielami,
Spokój udając i cierpliwość, siedziałem
W przystani.

A oni się w dwójnasób wciąż niecierpliwi:
Chętnie byśmy widzieli prędką twoją podróż,
Prędką wyprawę; a jakież bogactwa
Czekają ciebie w na szerokim świecie,
A gdy powrócisz, znajdziesz w naszych sercach
Miłość i nagrodę.

I oto wcześnie z rana zaszumiała przystań
I ze snu wyrwał nas wrzask marynarza,
Wszystko się rusza, żyje, krąży
Z pierwszym pomyślnym dla żeglugi wiewem.

A w tym powiewie rozkwitają żagle
I słońce kusi miłośników blasku.
I ciągną żagle, ciągną wysokie obłoki,
Okrzyki wydają na brzegu przyjaciele
I pieśni nadziei śpiewają, z wesołym hałasem
Chwaląc radość podróżną, radość ładowania,
Radość pierwszej podniebnej i pełnej gwiazd nocy.

Ale zmienne przez bogów nasłane powiewy
Zdają się go odganiać z zamierzonej drogi
I zda się on poddawać im całkiem posłusznie,
Starając się je cichutko przechytrzyć,
Wierny celowi, nawet kręto dążąc.
Ale z przymglonej, szarej dalekości
Z wolna powstaje chmura zwiastująca burzę,
Lot ptaków zniża ona ku powierzchni wody
I ściska żeglarzowi rozszerzone serce;
Burza przychodzi. I przed jej wściekłością
Przebiegły żeglarz opuszcza swe żagle;
Jak z przerażoną piłką igrają
Wiatr i fale.

A na tamtym brzegu wciąż trwają
Przyjaciele i mili, drżą oni na lądzie:
Ach, czemuż on z nami tutaj nie pozostał!
Ach, jaka burza! Już po jego szczęściu!
Czyż nasz przyjaciel tak marnie ma zginąć?
Ach, trzeba było! Ach, mógłże! Bogowie!

A on po męsku trzyma rudle steru;
Okrętem miota i wicher, i fala;
Okrętem, ale nie jego sercem.
Zwycięsko patrzy on w okrutną głębię,
I ufa – czy też zginie, czy też wyląduje –
Swoim bogom.